BEGIN TYPING YOUR SEARCH ABOVE AND PRESS RETURN TO SEARCH. PRESS ESC TO CANCEL

Pałac w Gruszowie: skarby z biblioteki, rezydencja jak z angielskich powieści i tajemnicza skrytka

Ona, trochę zakręcona, jak to artystka. On, elektronik z wykształcenia, mocniej stoi na ziemi. Kiedy opowiadają o swoich pomysłach na pałac, często razem trzymają się za ręce. W stylowych wnętrzach, na tle bogato zdobionych tapet, w rozproszonym świetle, które wpada z parku, wyglądają trochę jak państwo hrabiostwo z początku XX wieku. Ich dom ma klimat, na który niektórzy pracują przez pokolenia. Im udało się w osiem lat.

Tajemnica naszyjnika

Trudno w to uwierzyć, ale można mieszkać w centrum świata, a równocześnie na samym jego krańcu. Tak właśnie położony jest Gruszów. Zaledwie czterdzieści kilometrów od granic Wrocławia i osiem od centrum Świdnicy. Trzy kilometry w bok od głównej drogi między stolicą Dolnego Śląska a Wałbrzychem. Wioska ma wiele malowniczych zakamarków, stoi tu zrujnowany folwark, wśród krzewów majaczą pozostałości starego cmentarza. Kiedy w jesiennym deszczu podjeżdżam pod pałac w niewielkim parku, czuję się jak bohaterka angielskich kryminałów. Zaraz usiądę w fotelu z filiżanką herbaty i posłucham jakiejś nieprawdopodobnie zagadkowej, wymagającej wyjaśnienia, historii. Marzenia się spełniają. Otwiera gospodyni i natychmiast wpadam w szpony dziwnych opowieści. Kinga Zabokrzycka, właścicielka pałacu w Gruszowie ma akurat gościa. I jak na pałac przystało, gościa z wyższych sfer. Dr Matthias von Hülsen jest członkiem Fundacji im. Freyi von Moltke na rzecz Krzyżowej, a także założycielem i dyrektorem artystycznym Festspiele Mecklenburg-Vorpommern. Jako, że pochodzi z rodu von Moltke (m.in. jego członkowie należeli w czasie II wojny światowej do tzw. Kręgu z Krzyżowej, niemieckiej grupy opozycji antyhitlerowskiej) ma do opowiedzenia mnóstwo fantastycznych anegdot. W końcu, w linii prostej  z Gruszowa do Krzyżowej jest zaledwie dwanaście kilometrów. Poza tym, oba te miejsca mają prawdopodobnie wspólny mianownik, ale ta sprawa pojawi się jeszcze w naszym śledztwie.

–  W 1900 roku wróżka przepowiedziała mojej prababci Elli von Bethysy-Huc, która wyszła za mąż za Helmutha von Moltke, że dziewczynka z kolią z niebieskimi kamieniami przyniesie jej wielkie szczęście – zaczyna opowieść Matthias von Hülsen – Kilka lat później prababcia dała ogłoszenie w jednym z wiedeńskich magazynów, że rodzina z Krzyżowej szuka „interesujących gości do gry w brydża”. Chodziło o kogoś w rodzaju rezydentów, którzy będą płacić za mieszkania i równocześnie miło będzie można z nimi spędzić czas.  Przeczytał to James Rose Innes, Szkot, którego rodzina przed laty wyemigrowała do RPA i wraz z żoną i córką Dorothy przyjechał w 1907 roku pociągiem do Świdnicy. Stamtąd, już powozem, udali się w podróż do Krzyżowej. Kiedy weszli w drzwi pałacu, okazało się, że Dorothy ma na sobie naszyjnik z niebieskimi kamieniami. Wkrótce dziewczyna weszła do naszej rodziny poprzez małżeństwo z kuzynem prababci. I tak przepowiednia się spełniła.

Kinga Zabokrzycka, pani pałacu w Gruszowie również musiała spotkać gdzieś dziewczynkę w niebieskim naszyjniku, bo udało jej się odnaleźć szczęście wraz z zakupem pałacu w Gruszowie. Z mężem znali się od zawsze. Jako dzieci razem bawili się na podwórku przy Komandorskiej we Wrocławiu. Obydwoje lubią starocie, ale te w dobrym tego słowa znaczeniu. Kinga Zabokrzycka jest aktorką, oprócz filmów i seriali, można ją oglądać m.in. na scenie Wrocławskiego Teatru Komedia. Aktorka mówi, że ceni klasykę, stąd może sposób, w jaki wspólnie z mężem projektują wokół siebie przestrzeń. Najpierw mieli pomysł, żeby kupić poniemiecką willę we Wrocławiu, ale życie zweryfikowało te marzenia. Postawili na coś skromniejszego, obiekt poza miastem. Mąż wytypował trzy miejsca, ale kiedy stanęli przez zdewastowaną bryłą gruszowskiego pałacu, od razu wiedzieli, że to właśnie to.

– Mąż kazał mi ukrywać emocje, żeby cena nie podskoczyła – śmieje się Kinga Zabokrzycka – A mi się tu tak spodobało! Spojrzeliśmy tylko na siebie i wszystko było jasne. Nam się marzył dom wielorodzinny, chcieliśmy, żeby mieszkała z nami również babcia i dziadziuś.  Ale nie doczekali. Ale teraz myślę czasem, że babcia nam ten dom „naraiła”.

Skarby z biblioteki  

– Niewiele wiedzieliśmy o Gruszowie – wspomina  pan Tomasz, mąż Kingi Zabokrzyckieji  – Pałac powstał w  1830 roku i został przebudowany pod koniec XIX wieku. Po II wojnie światowej mieścił się tu PGR, a następnie zakład Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej z Marcinowic. Potem pałac otrzymał w zamian za utracone mienie na wschodzie pan, który odsprzedał go następnie cudzoziemce, do której należy kilka nieruchomości na Dolnym Śląsku. My zostaliśmy właścicielami w 2006 roku.

Pałac, choć zauroczył parę przytulnością i rozkładem pomieszczeń, nie nadawał się do zamieszkania. Należało położyć od nowa dach, podłogi, zrobić elewację, wstawić okna, kupić piece, zrobić instalacje… można wymieniać bez końca.

– Po wojnie ludzie szukali w pałacu skarbów. Kopali w parku, rozwalali piece i ściany. Dużo zniszczyli. Nie wiemy, czy coś znaleźli. – mówi Kinga Zabokrzycka.

Prawdopodobnie nic nie znaleźli. Pałac w Gruszowie znajduje się na tzw. Liście Grundmanna, spisie miejsc, w których pod koniec II wojny światowej Günther Grundmann, Konserwatora Dolnośląski ulokował najważniejsze zabytki ruchome, głównie z Wrocławia:  zbiory muzealne, wyposażenie kościołów ale i prywatne kolekcje, głównie w dolnośląskich pałacach. Konserwator obawiał się nalotów i nadejścia Rosjan, dlatego, według wytycznych władz w Berlinie, gromadził informacje o dziełach sztuki i mieniu kulturalnym przeznaczonym do zabezpieczenia Instytucjom państwowym Grundmann zapewniał składnice w kilku lub kilkunastu miejscowościach, tak, aby zbiory były rozczłonkowane i w najgorszym wypadku, żeby przetrwała choć część z nich. Do Gruszowie przyjechały skrzynie Biblioteki Miejskiej we Wrocławiu. Jej zasoby zostały zdeponowane w dwóch pomieszczeniach na parterze budynku. Z dokumentów konserwatora wiadomo, że Biblioteka Miejsca miała do dyspozycji razem siedem obiektów, a w nich sześć pięter i dziesięć sal. Już pod koniec akcji, właścicieli pałaców i dworów z Dolnego Śląska sami zaczęli się zgłaszać do Grundmanna, żeby zaproponować swoje rezydencje. W ten sposób mogli uniknąć kłopotliwego obowiązku pomieszczenia w domach uciekinierów ze Wschodu. Czy tak było w przypadku Gruszowa? Nie wiadomo. Zaraz po wojnie, zbiory zdeponowane w pałacu zostały odzyskane najprawdopodobniej przez pracowników Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.  Piszę, najprawdopodobniej, bo i ta kwestia wymaga jeszcze szczegółowego zbadania.

W wehikule czasu

Z całą odpowiedzialnością można powiedzieć, że w 2006 roku, kiedy Kinga Zabokrzycka z mężem stanęli przez pałacem w Gruszowie, było tu goło i wesoło. Żadnych dokumentów, niewiele informacji, brak archiwaliów, żadnych zdjęć, jak przed czasami PGRów wyglądały wnętrza. Wszystko trzeba było zacząć od początku.

– Pomysł na wielopokoleniowy dom zamieniliśmy z czasem w utworzenie rezydencji, w której, w elegancki sposób, można spędzić czas, spotkać się z przyjaciółmi, urządzić przyjęcie. Marzy nam się coś w rodzaju domu pracy twórczej – mówi Kinga Zabokrzycka. Miejsce do tego idealne. Spokojne, ciche, bez wielkomiejskich pokus. Ceny przyjazne. Właściciele pokazują mi wszystkie kondygnacje pałacu i choć z zewnątrz nie wygląda na duży, w środku wydaje się być ogromny. Każdy pokój został urządzony z dyskretną elegancją, brak tu nuworyszowskiego blichtru, tak często charakterystycznego dla przerobionych na hotele zabytków. Z okien widać park i zabudowania wsi.

– Wszystko dobieraliśmy sami. Kupowaliśmy antyki, choć w pokojach dla gości meble są nowe i tylko stylizowane – tłumaczy pan Tomasz. W pomieszczeniu, gdzie jest bar, wisi wciąż goła żarówka, bo gospodarze „nie poczuli” jeszcze żadnego żyrandola, który by tu pasował. Jednym z niewielu współczesnych elementów, oprócz telewizora, są zdjęcia zawodników Borussi, którym kibicuje właściciel. Poza tym, stylowe, stonowane tapety, ciemne boazerie, miękkie sofy i fotele. Tylko w niektórych pokojach trochę ekstrawagancji. Łazienki oddzielone od sypialni szklanymi ścianami z secesyjnym zawijasem. Poza tym Gruszów, to prawdziwy wehikuł czasu.

Zarówno pałac, jak i cała wieś, ciągle mają mnóstwo zagadek. Tak naprawdę, niewiele wiadomo o tym miejscu. „Słownik geografii turystycznej Sudetów” podaje, że w 1393 roku Gruszów, wówczas Birkholcz należał do Benesza z Choustnika. Rok wcześniej Księstwo Świdnicko-Jaworskie przeszło pod panowie czeskie, księstwem w imieniu króla rządzili starostowie. Pierwszym był właśnie Benesz. Zachowała się bardzo niepewna informacja, że przed 1500 rokiem we wsi stał jakiś zamek, nie ma jednak po nim śladów, a przynajmniej do dzisiaj nie zostały odnalezione. Przez wieki Gruszów często zmieniał właścicieli, w XVII wieku byli nimi jezuici ze Świdnicy, natomiast w 1825 roku wieś przeszła w ręce rodu von Dresky, do którego należało tzw. Dolne Mościsko i część górnego Grodziszcza. Jak wynika z XIX-wiecznych kronik rodzinnych dzieci rodziły się albo w Gruszowie, albo w Grodziszczu. W tym czasie panowie z rodziny robili karierę w wojsku i w administracji. I tu właśnie pojawia się wspólny mianownik dla słynnej Krzyżowej i Gruszowa. W 1867 roku feldmarszałek Helmut von Moltke odkupił od pani Emmy von Dresky część Grodziszcza, Wieruszowa i ziem w Krzyżowej, która z Grodziszczem sąsiaduje. To co kiedyś należało do familii z Gruszowa, teraz przeszło w ręce Moltków. Przez spotkanie w pałacu z Matthiasem von Hülsenem historia zatoczyła więc koło.

Właściciele Gruszowa uśmiechają się tylko, gdy pytam, czy w pałacu są ukryte skarby albo podziemne tunele. Szukają spokoju, a nie rozgłosu. To chcą też zapewnić swoim gościom. Co, prawda, podczas remontu odkryli w ścianie skrytkę, ale nie było tam srebra ni złota. Złożone w niech zostały kafle zabytkowego pieca. Miejsce ich ukrycia było tak dobrze zamaskowane, że nie znaleźli go poszukiwacze skarbów. Również piwnice mają wiele ciekawostek, np. tunelik prowadzący do studni. Takie stare rezydencja jak ta w Gruszowie, choć potrafią się odwdzięczyć swoim właścicielom, to o ujawnieniu niektórych sekretów decydują same. Z całą pewnością Gruszów również szykuje jakąś niespodziankę.

Komentarze

Twój adres E-mail nie zostanie opublikowany na tej stronie.

Kod zabezpieczający *